Facebook

Zakamarki Barcelony

Zakamarki Barcelony

Magdalena Drajkowska

Przysiadam na kamieniu. Łydki dotykają lekko nagrzanej skały. Przez cienkie, materiałowe spodnie czuję jej ciepło. Odpoczywam od promieni październikowego słońca, znajdującego się w zenicie. O tej porze bluza tkwi głęboko schowana w plecaku i trochę nawet żałuję, że wybrałam tego dnia właśnie fioletowe chinosy do kostek. Schowana pod drzewami w Parku Güella rozglądam się dokoła. Przede mną rozciągają się finezyjne wiadukty zaprojektowane przez Gaudiego. 

Przyjemnie bada się ich barbarzyńskie kształty. Spływający po kostropatych kolumnach wzrok zatrzymuje się na jaszczurce. Rusza i przystaje. Szuka zakamarków pędząc obrzeżami głównej arterii parkowej rozedrganej tłumem turystów. Wybrałam podobny sposób na poznanie Barcelony podczas kilkudniowego pobytu. Przemierzając utarte ścieżki wyznaczone dla i przez masy turystów, jak i zapuszczając się w miejsca nieopisane w przewodnikach. Te na peryferiach zainteresowania i te tuż pod nosem chciwego wrażeń przybysza. Stolicę Katalonii oglądałam wkradając się w jej zakamarki jak pożądliwa cienia jaszczurka.

          Pozostawiam za sobą ogromny znicz olimpijski, który płonął w Barcelonie dumnie w 1992 roku, ustanawiając na kilka dni stolicę Katalonii pępkiem świata, a przynamniej tego sportowego. Przemierzam suche alejki w położonym nieco na uboczy wzgórzu Montjuïc parku, zadawałoby się zapomnianym nie tyle przez Boga, co przez ludzi. Im dalej kroczę, tym znicz staje się mniejszy aż w pewnej chwili wydaje mi się, że z powodzeniem zmieściłby się w mojej dłoni. Nie wiem, jak daleko jeszcze. Delektuję się niepotykaną w tym tłumnie odwiedzanym przez turystów mieście ciszą. Docieram do muru. Jeszcze kilka kroków wzdłuż jego linii i znajduję bramę. Przestępuję próg cmentarza. Staję w obliczu jednego z najciekawszych zabytków sztuki funeralnej. Ciągnące się wzdłuż i wzwyż grobowce wyznaczają bieg wąskich alejek i szerokich promenad z regularnie kursującymi autobusami. Pojedyncze nagrobki, niekiedy niemal mauzolea stanowią kontrast dla kamiennych ścian z wmurowanymi urnami. Nagły rozwój miasta wymusił konieczność kremacji ciał. Zmarłym zaoferowano na wieczny odpoczynek niewielką przegródkę w wysokiej ścianie, za to z przepięknym widokiem na morze. Położona na stromej części wzgórza nekropolia od 1883 roku zapewnia jeden z najbardziej malowniczych pejzaży morskich,  stałym mieszkańcom oraz odwiedzającym ich gościom. Przemierzając kolejne ścieżki cmentarne dostrzegam ślady ponad stuletniej historii tego miejsca, w miejscami przeplatających się detalach neogotyku, secesji, czy modernizmu. W bezchmurny, słoneczny dzień wszechobecna obecność ponad miliona zmarłych nie budzi grozy.

          O zgrozę i pomstę do nieba woła, choć głosem nieśmiałym i cichym nielicznych przybyszów, którym udało się tam dotrzeć, brak informacji o Parc del Guinardó. Rozciąga się na górze Rovira, umożliwiając odpoczynek od gwarnej części miasta. Położony jest zaledwie o dwadzieścia minut drogi od bazyliki Sagrada Familia. Zmierzający pod górę piesi to z reguły miejscowi. Wśród napotkanych po drodze, głównie młodych ludzi, trudno spotkać turystę. Zdaje się, że skwapliwie skrywają to miejsce przed hordami nacierających podróżników. Jednak to właśnie od mieszkańców Barcelony dowiedzieliśmy się o tej niecodziennej atrakcji. Hasło „panorama 360 stopni” podziałało jak magnez. Nie musiałam nakłaniać do tej wyprawy Maćka – mojego towarzysza podróży przez życie – w roli małżonka, jak i tych po świecie – w roli fotografa, nawigatora i ostoi w niespodziewanych sytuacjach. Krocząc po suchych, kamienistych ścieżkach, gdzie każdy krok wznosił ku górze tumany kurzu, docieramy do bunkrów. A właściwie ich pozostałości. Stanęły na szczycie góry w czasie hiszpańskiej wojny domowej. Instalacja przeciwlotnicza stanowiła ochronę dla mieszkańców przed faszystowskimi nalotami generała Franco.  Obecnie stanowi – według mojej subiektywnej oceny – najbardziej niezwykłe miejsce na podziwianie panoramy miasta. Obracając się dookoła można cieszyć oczy pięknem morza, jak i gór Serra de Collserola bądź Tibidabo. Dopiero z tej perspektywy widać jak bardzo rozległa jest Barcelona. Na tle zalewających powierzchnię budynków szczególnie wyraźnie wybija się dzielnica Eixample ze swoimi równo wytyczonymi ulicami i parcelami, zgodnymi z modernistycznymi założeniami XIX-wiecznych architektów, projektujących tą prestiżową część miasta. Kontrastuje z gwarną, nieco ciasną zabudową i przelewającymi się nieskładnie ulicami i uliczkami dzielnicy La Ribera, która skrywa w swoich zakamarkach miejsca pełne dystynkcji i podniosłego dostojeństwa sztuki, przy zachowaniu prostoty. Przemierzając wężowato poskręcane trakty miejskie trafiamy na długą kolejkę ciągnącą się wzdłuż murów średniowiecznych rezydencji, poświęconych na szczytny cel stworzenia miejsca afirmacji kunsztu ojca kubizmu. Wnętrza budynków pękają w szwach od wczesnych i nieco późniejszych dzieł malarza. Przemierzając kolejne kondygnacje i zostawiając za sobą kolejne pomieszczenia można zaobserwować ewolucję malarstwa Picasso – od prac niepokojąco naturalistycznych aż po kamienie milowe twórczości artysty jak Panny Dworskie. W zakamarkach muzeum można poznać nieco bliżej specyficzne poczucie humoru artysty oraz jego nieprzeciętne zainteresowanie płcią piękną, przejawiające się w niewybrednych rysunkach Picassa na okładkach damskich magazynów. Ulgę od atmosfery gęstej od nagromadzonych dzieł sztuki czuje się na dziedzińcu. Jego prosta forma podkreślona jasnym kamieniem elewacji rezydencji koi, wycisza, przyjemnie otula.

          Opuszczając ten spokojny, wyciszony dziedziniec wpada się w sieć wąskich uliczek. Najlepiej przemierzać je bez planu, bez mapy, po prostu dać się porwać i brnąć w bliżej nieokreślonym kierunku. Uwodzona lekko wyczuwalną morską bryzą półświadomie brnęła w stronę dzielnicy portowej. Na fantastycznie zagospodarowanym nabrzeżu pełno jest zakamarków skrywających atrakcje turystyczne, handlowe, rozrywkowe. Nas przyciągnęły zabudowania dawnych magazynów portowych z XIX wieku, odbudowane i przeznaczone na Museo de Historia de Cataluña. Cztery kondygnacje skrywają bogatą historię Katalonii, tym bogatszą, że dostosowaną do percepcji współczesnego turysty. Brak tu filcowych kapci i pieczołowicie strzeżonych przez muzealnych Cerberów gablot z ułożonymi w czcigodnej pozycji okruchami przeszłości. Owszem – jak przystało na muzeum – eksponaty, reprezentujące autentyczne fragment dawnego życia znalazły tu swoje miejsce, jednak stanowią pretekst do poznania. Odkrywać trzeba samodzielnie. Na ekspozycjach znajdują się przyciski, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odsłaniają podania z dawnych dziejów. Gabloty z eksponatami przeplatają się ze swoistymi scenkami rodzajowymi z minionych epok – można zajrzeć dzięki temu do wnętrz wczesnośredniowiecznego gospodarstwa, zaszyć się w salce lekcyjnej z bardziej współczesnych czasów, czy rozsiąść się w barze w stylu retro. Przemierzając kolejne pomieszczenia ku bardziej światłym czasom, zdecydowałam się na próbę sił w uruchamianiu młyna, przymierzałam się do roli prowadzącej tramwaj w jednym z reliktów – swoją drogą nie nadaję się do tego, jak pokazała jedna z moich przygód w portugalskim Porto, gdzie nieświadomie prawie porwałam zabytkowy tramwaj. Ze wszystkich możliwości interaktywnego zbliżenia z przeszłością w Muzeum Historii Katalonii w Barcelonie najwięcej frajdy sprawiło mi dosiadanie wielkiego konia dawnych szlachciców i przymierzanie zbroi rycerskiej.  

          Pozostawiając średniowieczny rynsztunek wraz z ponad czterema tysiącleciami upadków i wzlotów Katalonii za plecami, zwracam twarz ku morzu. Wielu spoglądając w wodne tonie sądzi, że właśnie patrzy na odległą Amerykę, co sugeruje zresztą wielki pomnik Kolumba, wystawiającego palec wskazujący niczym kierunkowskaz w stronę morza. Jednak kraina jego nie całkiem świadomego odkrycia geograficznego znajduje się tysiące kilometrów za jego plecami. Pomnik wielkiego żeglarza, celującego paluchem w stronę centrum miasta z punktu widzenia marketingowego nie prezentowałby się ani imponująco, ani wiarygodnie. Przechodząc obok olbrzyma nie zbliżamy się ani do Ameryki, ani też nie kierujemy się na morze. Wybieramy wzgórze Montjuïc, które wielokrotnie odwiedzamy w czasie poznawania Barcelony. To magiczna góra, kryjąca niezwykłe zakamarki – od malowniczego zamku po relikty olimpijskich zmagań z początku lat 90-tych minionego wieku. Wędrując zgodnie z podnoszącymi się pod niewielkim kątem ścieżkami docieramy do popularnego wśród mieszkańców miasta ogrodu. Nie jest to jednak typowy zieleniec z urokliwymi rabatkami i kryjącymi przed spiekotą drzewami. To kraina pełna kaktusów i jeden z najciekawszych ogrodów, jakie widziałam. Położony jest na wschodniej stronie góry. Na zboczu, po prawej i lewej stronie licznych ścieżek rozrastają się rozmaite odmiany ponad 800 gatunków kaktusów i sukulentów. Warto tu odpocząć i poczekać na zmierzch, by ruszyć na drugą stronę wzgórza.

Z rozkoszą zasiadam na schodach spływających kaskadą po Montjuïc. Łączą położony na wysokościach Pałac Narodowy o bogatej kolekcji sztuki katalońskiej z Plaça d'Espanya. Ruchliwość arteria zawdzięcza nie tylko doskonałemu położeniu w centrum miasta, tuż obok godnej uwagi bryły pałacowej. O zmroku ściągają tłumy, obsadzając wkoło przysadziste kształty Magicznej Fontanny. Brak wysublimowanej urody, smukłych i wiotkich kształtów zawdzięcza zbiornik modernistycznemu podejściu, rekompensuje to jednak spektakl rozpoczynający się monumentalnym głosem Freddiego Mercurego. Pokaz Magicznych Fontann to idealny sposób na zakończenie dnia wypełnionego zwiedzaniem. Poznając Barcelonę nie omieszkałam zapuścić się do najpopularniejszych atrakcji turystycznych, ale zachwyciły mnie te zakamarki, o których mogłam tu opowiedzieć.

Autorka prowadzi bloga, którego proponujemy odwiedzać.

https://zzagrubychszkiel.wordpress.com

Zaloguj się, by skomentować
Go to top
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com