Facebook

Autostopem w krainie bez drogowskazów…

Autostopem w krainie bez drogowskazów…

Agnieszka Świąć

Autostopem do Mongolii… zwariowałaś!” w myślach jak echo powracały słowa taty. Może i zwariowałam, ale jest plan, jedziemy, klamka zapadła, damy radę, uparcie powtarzałam w odpowiedzi.
Tak… Tylko jak to zrobić, gdy do wyjazdu pozostały raptem dwa tygodnie, a my nadal bez wiz, z brakiem pomysłu na kraje powrotne, czasu na organizacje i pieniędzy, żeby za to wszystko zapłacić.
Jedyny plus mamy bilety na kolej transsyberyjską …

 

Autostopem w krainie bez drogowskazów…

 

Agnieszka Świąć

Autostopem do Mongolii… zwariowałaś!” w myślach jak echo powracały słowa taty. Może i zwariowałam, ale jest plan, jedziemy, klamka zapadła, damy radę, uparcie powtarzałam w odpowiedzi. Tak… Tylko jak to zrobić, gdy do wyjazdu pozostały raptem dwa tygodnie, a my nadal bez wiz, z brakiem pomysłu na kraje powrotne, czasu na organizacje i pieniędzy, żeby za to wszystko zapłacić. Jedyny plus mamy bilety na kolej transsyberyjską … tylko czy zdążymy tam dojechać to już inna bajka. Wizy… ech i tutaj zaczynają się schody. W Internecie same nieprzydatne informacje, a w ambasadach jeśli już odbierają telefon to chyba tylko po to, żeby za chwilę rzucić słuchawką z wielkim hukiem. W Gdańskim konsulacie inne informacje niż w Poznańskim czy Krakowskim, a warunki wizowe dokładnie te same, dziwne, nie, po prostu rosyjska biurokracja.
Kuszą oferty agencji, biur podróży, pośredników, każda wiza prawie od ręki, kilka godzin, bezproblemowo, super jedyny maleńki minus to dodatkowa opłata przekraczająca kilkakrotnie cenę samej wizy. Po namysłach decydujemy się na dwukrotną 10 dniową wizę tranzytową do Rosji. Opłaty to jedyne 35 euro, a to naprawdę mało w porównaniu z turystyczną czy biznesową, plusem jest też minimum formalności i większa pewność, że ją otrzymamy. Z wizą Mongolską nie ma problemu płacisz i masz, tyle, że koszt to, aż 60 euro. Zaczyna się wyścig z czasem, wygrywamy! Dziewczyny odbierają rosyjską wizę na pięć minut przed zamknięciem ambasady i to do tego w piątek przed długim weekendem. Szczęście nam dopisuje.

7af0193b8351bd1eb04c09dfe5731fa3 XL

Wyruszamy! Na początku w 3 –osobowym składzie, ja, Kasia i Gosia, z Patrykiem spotykamy się dopiero w Moskwie.
Autostopem do rosyjskiej stolicy docieramy dość sprawnie przez Litwę i Łotwę, z krótką przerwą na święto religijne w Aglonie i małą kawę w Smoleńsku.

Mówiąc zwięźle Moskwa nas nie urzekła i większość czasu przespałyśmy w parku. Chaos, pośpiech i brak życzliwości ze strony mieszkańców, udających, że nie rozumieją nawet w ich rodzinnym języku. Ubóstwo małych domostw wymieszane z przepychem złoconych cerkwi. Wszechobecne moskiewskie „Pałace Kultury”, zapchane metro, płatne toi-toie i przerażające ceny z bagietką za 10 zł. na czele.

Szybko uciekamy, myślami będąc już w kolei transsyberyjskiej, pełni nadziei na imprezę życia. I tutaj czeka nas rozczarowanie… Pasażerowie to głównie rodziny z dziećmi i starsze kobiety, uciszające nas za każdym razem, gdy po godzinie 22 zamienimy kilka głośniejszych zdań. Picie i integracja to tylko legendy. Nuda..., nawet krajobraz za oknem monotonny. Śpimy, czytamy, jemy i znów śpimy i tak cztery dni aż do Bajkału. Pocieszeniem są peronowe „babuszki” serwujące na mniejszych stacjach najlepsze domowe przysmaki.
Bajkał, syberyjskie morze, najgłębsze jezioro świata, przepiękne, ukryte wśród dzikich lasów i gór Syberii. Nad brzegami maleńkie buriackie wioski, przypominające na pierwszy rzut oka osadę w Biskupinie. Woda czysta, ale zimna tak bardzo, że już po chwili kąpieli drętwieją nam stopy i kolana, bo o wejściu głębiej nie ma mowy. Ratuje nas ognisko, które udaje się nam rozpalić po 6 godzinach walki z deszczem no i grzaniec z cytrynką oczywiście.

kolej transyberyjska - przystanek w podry

Ruszamy dalej… ale ze stopem w cztery osoby nie jest już tak łatwo, czas nagli, wizy się kończą, więc szybko podejmujemy decyzje o podziale na pary. Ja jadę z Kasią a Gosia z Patrykiem. Dwie dziewczyny na stopa w Rosji to osobny temat na długie rozmowy. Więc krótko, żyjemy, mamy się dobrze i jedziemy dalej.

Na granicy w Kiachcie czekają już Patryk z Gosią. Jedyna możliwość dostania się na drugą stronę to przejazd autem lub rowerem. My decydujemy się na autostop, ale jak to zrobić w 4 osoby i do tego za darmo, gdy wszyscy załadowani po brzegi, czekają tylko na wyciągnięcie pieniędzy od zagranicznych turystów. I wtedy dostrzegamy ambulans, bardziej dla zabawy niż z przekonania pytam czy nas nie zabiorą. I co, udaje się! Jedziemy do Ułan Bator! Nasi wybawcy to młodzi Szkoci, którzy w ramach londyńskiej akcji charytatywnej mają za zadanie dostarczyć ambulans z Anglii do mongolskiej stolicy.

Centrum Ułan Bator, a dokładnie dwie ulice, nie różnią się znacznie od innych wielkich miast., Drapacze chmur, galerie, fast foody i tłumy na ulicach. „Uważajcie na złodziei!” , ostrzegają nas spotkani po drodze Polacy. Rzeczywiście miasto nie należy do najbezpieczniejszych, kradzieże zdarzają się dość często, a rozrywką dzieci jest rzucanie kamieniami w ludzi i okna stojących na parkingu samochodów, na szczęście tylko tutaj bo poza granicami miasta dzieciaki witają nas z uśmiechem, dźwięcznie wypowiadając „Hi..”. Wyzwaniem jest przejście przez ulicę, zawsze wygrywa większy, szanse daje uczepienie się kobiety z dzieckiem, kierowcy czasem się litują. Kilka kilometrów od centrum krajobraz zmienia się nie do poznania, w miejsce wieżowców i domów pojawią się osiedla koczowniczych namiotów po mongolsku zwanych gerami.

may jolczuc  przed wejciem do jurty

Dwa dni w mieście to już dla nas za długo, wyjeżdżamy na spotkanie prawdziwej, dzikiej Mongolii. I tutaj pojawiają się pierwsze problemy, bo autobusów na wylotówkę brak, a na wyciągnięty kciuk reagują jedynie prywatni „taksówkarze”, którzy za swoje usługi proponują nam horrendalne sumy. Z odsieczą przychodzi komendant miejscowej policji. Angielskiego wprawdzie nie zna, ale to nie problem bo już po chwili załatwia telefonicznego tłumacza, który zapewnia nas, że policja nam pomoże. Policjant odjeżdża, a my czekamy i czekamy. Pojawia się rezygnacja, a tu naglę na ulicę wychodzi dwóch policjantów z czerwonymi pałkami i zatrzymują dla nas samochody. Z uśmiechem na twarzy pakują nas do jednego z nich. Nasze uśmiechy nie są jednak tak szerokie bo 5- osobowy busik zapakowane jest po brzegi, a dodatkowo w środku siedzi już cała rodzina.

Dla Mongołów to jednak nie problem, miejsce dla gości zawsze się znajdzie, choćby mieli cały swój dobytek umieści na dachu, co zresztą później nam udowadniają. Noga przy nodze, jedni tyłem, drudzy przodem, niczym puzzlowa układanka mkniemy w trzynaście osób do przodu. „Mkniemy” to w tym wypadku duże nadużycie, bo asfaltowe drogi kończą się wraz z granicami Ułan Bator, a nasza prędkość nie przekracza 40km/h. Ważne jednak, że do przodu. Rozmowa idzie w najlepsze, tzn. ta na gesty i pojedyncze słowa, nie brakuje też czułości bo przemiły dziadek o imieniu Sandacz przekazuje Patrykowi pozytywną energię trzymając go na przemian to za ręce to za kolana. Ja rozpoczynam pierwszą lekcje mongolskiego. Przez jakieś dwie godziny próbuję powtórzyć imię mężczyzny siedzącego naprzeciw mnie. Horczucz, Horczuk, Horczak jakoś tak, nie wiem bo patrząc po jego minie to chyba nie udało mi się to ani razu, za to on bezproblemowo wymawiał imiona każdego z nas.

mrn

Wszystko super z wyjątkiem tego, że prawie nigdy nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie jesteśmy.

Podstawą naszej komunikacji była mapa. „My tam, a wy gdzie?” łamanym polsko – rosyjsko - angielskim zagadujemy kierowców wskazując obrany cel. Konwersacja zazwyczaj jest długa bo Mongołowie patrzą na mapę jakby widzieli ją po raz pierwszy w życiu, na szczęście orientacje w terenie mają bezbłędną i zawsze trafiają tam gdzie chcą.

Są niezwykle gościnni, otwarci i zawsze pomocni, nigdy nie zostawili nas samych sobie, a co najwyżej przekazywali innym pod opiekę. Już pierwszej nocy na stepach spaliśmy we własnej jurcie, oglądając gwiazdy przez lufcik w dachu, bo właściciel by było nam wygodnie poszedł spać gdzie indziej.

nieograniczone przestrzenie

Jurty, koczownicze namioty po mongolsku nazywane gerami. Składają się z drewnianego, cylindrycznego szkieletu, małych drzwiczek mocowanych zawsze od południowej strony oraz wspartej na dwóch słupach konstrukcji dachowej zwanej toono. Następnie to wszystko owijane jest wojłokiem i białą tkaniną. W czasie zimy stosuje się dwie, trzy a nawet więcej warstw wojłoku.
W lecie tkanina zwykle jest podwijana od spodu, co pomaga w lepszej cyrkulacji powietrza.

Źródłem światła jest bateria słoneczna, a przy wielu jurtach przymocowane są nawet anteny satelitarne. Wnętrze namiotu zdobi bogata kolorystyka, ściany pokryte są czerwonymi tkaninami lub dywanami pod którymi stoją zazwyczaj pomarańczowe, ozdobione wzorami i symbolami mebelki, zwykle są to trzy łóżka, kilka szafek, skrzyń, kredens, oraz stolik z miniaturowymi krzesłami. Stół i piec wyznaczają symboliczne granice przestrzeni w jurcie. Lewa (wschodnia) strona to część kobieca, a prawa (zachodnia) męska. Gości zaprasza się do części prawej. W jurcie obowiązuje jeszcze wiele innych zwyczajów, zakazów i nakazów z którymi warto się wcześniej zapoznać. My niestety przeczytaliśmy tylko podstawy, które i tak uleciały nam gdzieś po drodze z głów.

Do kolejnej jurty trafiamy przypadkiem ku zdziwieniu i gospodarzy i naszemu, zabierają nas tam lokalni robotnicy, którzy na próżno próbują porozumieć się z nami po przez kolegę z telefonu, który podobno dobrze zna angielki. Efekt półgodzinnej konwersacji jest taki, że zamiast do umówionego miasteczka, lądujemy przy pierwszych napotkanych jurtach, a dokładniej w jednej z nich.

Rozmowa jakoś się nie klei, jednak po chwili udaje się nam wynegocjować warunki noclegu, dostajemy kawałek podłogi pod suszącymi się pół metra nad ziemią kawałkami mięsa. Północna ściana jurty miejsce honorowe, czujemy się zaszczyceni i nie narzekamy.

pierwszy poranek na stepach

Zostajemy też zaproszeni na czaj, po długiej podróży brzmi zachęcająco, smakuje nieźle, wszystko super, ale tylko do momentu, aż nie zobaczymy i nie poczujemy jak się go przygotowuje. Tradycyjna mongolska herbata to wywar ziół, wymieszanych z resztkami mięsa z obiadu, sowicie przyprawiony solą i na koniec zalany porcją mleka prosto od przyjurtowej krowy.

Po tych kulinarnych doznaniach nikogo już nie zdziwi, że gdy na drugi dzień zaproszono nas na śniadanie składające się z oblepionego muchami mięsa, wiszącego całą noc nad moją głową, odmówiliśmy i uciekliśmy dalej łapać stopa.
Kuchnia mongolska raczej nie zachwyca, uboga, jednostajna, bardzo tłusta i wysoce kaloryczna. Brak warzyw i przypraw, bo o to na stepach trudno. Podstawę jest mięso,(głównie baranie) i mleko. Wszechobecny jest też ajrak (kumys), sfermentowane mleko kobyle, mongolski napój narodowy.

Szczerze, nie polecam, bo gorszej rzeczy w życiu chyba nie piłam. Za to doskonałe smakują ryby wędzone nad domowym paleniskiem.  
Czas mija, deszcz pada, auto brak. Na szczęście z opresji wybawia nas zapaśnik sumo z synem. Śmieszna para, młody, chudy chłopak prowadzi jak maszyna, bez grymasu na twarzy, a ojciec rozłożony wygodnie na siedzeniu wlewa w siebie wódkę jak wodę szklankami. Czasami przerywa tylko słowami „Daj..” po czym łapię Gosię to za nos, to za rękę którą z radością przykłada do twarzy jakby czerpał z niej życiową energie.

Wódka, tania jak nigdzie, z dumnym wizerunkiem Czyngis-Chana, to główne wyposażenie każdego sklepu na równi z butami Nike oczywiście. Nawet mnie to nie dziwi bo chyba też bym zaczęła pić, gdybym na co dzień miała przemieszczać się w takim miejscu. Spotkanie innego samochodu to wielkie wydarzenie i idealna okazja do świętowania. Przejechanie 400 km zajmuje nam około 13 godzin, a jedziemy nowiutkim jeepem i to prawie bez przerwy.

Stan mongolskich dróg pozostawia wiele do życzenia. Droga międzynarodowa przez Azję dobrze wygląda tylko na mapie bo w rzeczywistości to przewalcowany kawałek pola, gdzieniegdzie posypany żwirem, a na większości odcinków i tak nieprzejezdny. Mongołowie mają na to jednak swoje sposoby i wszędzie gdzie się znajdą tworzą nowe dróżki i szlaki. Efekt jest taki, że jest jedna główna droga po której i tak nikt nie jeździ i setki maleńki polnych traków wokół niej. Dla nich same plusy bo nie muszą znać przepisów jazdy, nie obowiązuje ich ruch prawo czy lewostronny, a o zderzenie trzeba się bardzo postarać, chyba że z krową, baranem lub jakiem, których na drogach jest pełno.

Dla nas autostopowiczów to koszmar, bieganie od jednej ścieżki do drugiej, bo nigdy nie wiadomo skąd nadjedzie auto oraz totalna dezorientacja, trudno na stepach o jakiś punkt odniesienia, skoro tutaj nawet domy co jakiś czas zmieniają swoje położenie. Najgorsze są chyba jednak przechyły, szczególnie gdy siedzi się po zewnętrznej, a auto w pewnym momencie zamiast na czterech jedzie na dwóch kołach. Powszechne w Mongolii są motocykle. „Chodź, zabiorę Cię na przejażdżkę” zapraszają z entuzjazmem i dumą. Zaproszenie tyczy się oczywiście Patryka, bo gdy tylko ja próbuję usiąść na motocyklu uśmiech Mongoła znika.

Na wzniesieniach gór, rozdrożach i wyjątkowych dla Mongołów miejscach napotykamy na stosy kamieni i gałęzi ozdobionych strzępkami tkaniny zazwyczaj w niebieskim kolorze, często nie brakuje też rzeczy codziennego użytku, pamiątek, zwierzęcych kości, a nawet śmieci. To „Owoo” święty kurhan, miejsce kultu, symbolizujące połączenie szamańskich wierzeń z buddyjską religią. W podzięce za szczęśliwą podróż tradycja nakazuje obejść go trzykrotnie, zgodnie z ruchem wskazówek zegara oraz pozostawić maleńki kamień lub drobną ofiarę. My zostawiamy papierki po cukierkach, które chwile wcześniej dostaliśmy od naszych gospodarzy, a oni pieniądze, kamienie i resztki wódki, którą oblewają stos dookoła.

Według opowieści jednego z Mongołów, początkowo kurhany te tworzone było podczas wojen. Każdy wojownik wyruszający w bój, rzucał jeden kamień, a gdy wracał zabierał jeden inny. Pozostające kamienie symbolizowały ilość osób poległych na polu walki.

Z naszym zapaśnikiem dojeżdżamy do Mörön, w północnej części Mongolii, a stamtąd już blisko do jeziora Chöwsgöl i gór Sajanu, gdzie aktualnie zmierzamy. Ale jak to w Mongolii bywa choć droga jest międzynarodowa i turystyczna, a przy niej nawet znak z kilometrami, to aut brak. Po kilku godzinach leżenia dostajemy informacje, że w środku miasta jest targ busów, no trudno raz możemy zapłacić. Targ, centrum życia kulturalnego, można tu dostać prawie wszystko, świeżo zdjęte skóry baranie z dodatkiem krwi, proszę, mówisz i masz. Nie brakuje też rozrywki w postaci bilardu, niestety tylko dla mężczyzn, bo mnie przeganiają od razu. Są nawet publiczne toalety, tzn. budka z dziurą w ziemi i drzwiczkami tak małymi, że zakrywają jedynie skrawki ciała. Brak kolejek, wszystko idzie szybko i sprawnie, bo zabójczy odór nie pozwala na chwilę wahania. Przed wejściem mozolne przygotowanie, ratowały nas arafatki, wiązane tak by mocno ściśnięte węzły znajdowały się dokładnie pod dziurkami do nosa.

Punkt czwarta, zjawia się nasz busik, jedziemy. Po drodze zabieramy jeszcze kilku lokalnych oraz grupę turystów. Nauczeni poprzednim doświadczeniem, wiemy, że zmieści się więcej niż się nam wydaje, dlatego nie marudzimy, gdy przynoszą kolejne wory zakupów, a nawet meble.

Trzy, cztery godziny i jesteśmy nad jeziorem, a dokładnie nad rzeką, która do niego wpływa w mieście Hatgal. Smutna mina Gosi i sprawa załatwiona, po chwili lądujemy we właściwym miejscu nad samym brzegiem. Chöwsgöl, największe i najgłębsze słodkowodne jezioro w Mongolii, położone na wysokości 1600 m n.p.m., wśród wysokich i dzikich gór. Temperatura niższa niż w innych częściach kraju o czym mamy okazje przekonać się w nocy, gdy spada poniżej zera i nawet trzy pary spodni i rozgrzane kamienie z ogniska nie wystarczają. Poranna kąpiel, woda troszkę cieplejsza niż w Bajkale, ale może nam się wydaje, bo jesteśmy już tak brudni, że nie mamy siły protestować. Nasze zachowanie wzbudza zainteresowanie robotników, poznajemy też bliżej ich szefa Murcyka. Świetnie mówi po angielsku i bardzo lubi Polaków, więc szybko się zaprzyjaźniamy.

Jest przenikliwym obserwatorem i bezbłędnie opisuje najważniejsze cechy charakteru każdej z nas, każdej bo na pytanie o Patryka odpowiada krótko „po prostu facet i tyle”. Doskonale sprawdza się też w roli przewodnika i gospodarza, zabierając nas na drugi, piękniejszy brzeg jeziora, gdzie mamy okazje spróbować lokalnych przysmaków w turystycznej wersji, a w nocy przy ognisku posłuchać opowieści o życiu i zwyczajach jego rodaków.

Z samego rana wyruszamy na długo oczekiwaną wycieczkę po górach a dokładniej paśmie Koridol Saridag. Musimy polegać na własnej intuicji, brak tu szlaków i tabliczek, bo nikt dla przyjemności po górach nie chodzi. Przedzieramy się przez tajgę i bagna, gdzieniegdzie zbaczając na wydeptane przez pasące się zwierzęta ścieżki. Po kilku godzinach rezygnujemy ze zdobycia szczytu, jest już późno, a my nie mamy odpowiedniego sprzętu, cieplejszych ubrań i zapasu jedzenia. Azymut na jezioro i wracamy.

plac suche batora

Nasyceni pozytywną energią, smutni, a zarazem szczęśliwy, przygotowujemy się do męczącej podróży powrotnej. Choć od granicy z Rosją dzieli nas kilkaset kilometrów górskiej drogi, to nie mamy wyboru i musimy wracać długą drogą do Altanbulag jedynego międzynarodowego przejścia na granicy mongolsko-rosyjskiej. Wracamy stopem i pociągiem, z krótkimi przystankami w Darkhan, Suhbaatar czy nad rzeką Orhon. Granice pokonujemy z przemytnikami ubrań, musimy zapłacić, tu już nie ma dyskusji. Wybieramy jednak tych, którzy dzień wcześniej zabrali nas na stopa, mamy okazję się odwdzięczyć. Przed nami długa droga przez Rosję, Łotwę i Litwę do szarej polskiej codzienności.

Żegnaj Mongolio! Będziemy tęsknić za krainą jurt, stepów, bezkresnej przestrzeni i ludzkiej gościnności.

Ostatnio zmieniany niedziela, 18 styczeń 2015 17:11

Redakcja DS

ul. Bielska 1, 86-031 Osielsko, woj Kujawsko-Pomorskie
tel./fax 52 381 34 95, 0 785 670 606
masz pytania, napisz tutaj

Zaloguj się, by skomentować

Więcej w tej kategorii:

Go to top
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com